Radość jest kosmata i kolorowa. Jest kłębkiem, który po rozwinięciu wybucha wielością barw. Czasem można ją schować do kieszeni albo pod poduszkę, innym razem nie da się jej upchnąć w żadną ramę i wylewa się każdym kątem, bokiem, zakamarkiem.

Radość może mieć różne rozmiary i kolory – od małego barwnego kamyczka po wielkie silnie wodospady. Czasem spotyka człowieka tylko na chwilę, wymianę spojrzeń, innym razem jest jego oddaną przyjaciółką. Radość można rozpalić jak ognisko, np. gdy się ktoś inny dołoży tam coś swojego, ale może być taka osobista i bliska – grzejąca jak ciepły termofor w zimę.

Radość nigdy nie jest na stałe. Czasem odchodzi, umyka i długo się nie pojawia, ale im jest bardziej oswojona, tym jest większe prawdopodobieństwo, że wróci.  Nie można jej mieć na własność… Paradoksalnie nikt jej nie wita, jak przychodzi, ale każdy czuje, kiedy jej nie ma.

Co można zrobić z radością? Można ją pielęgnować jak egzotyczną roślinkę albo małe dziecko. Cieszyć się nią. Dbać. Ale też pozwolić jej na „swojość” i „samość”.

Radość nie jest wygraną na loterii czy kapryśną kochanką. Może być wierną towarzyszką, ale… Ale trzeba w nią wierzyć i dawać jej wolność. Pozwolić odchodzić i wracać. Zrobić miejsce przy stole i w szafie. W sercu i głowie. Wtedy będzie miała gdzie wracać i powoli zacznie zostawiać swoje drobiazgi. Najpierw szczoteczkę do zębów, potem piżamę. Potem dostanie klucze i będzie wiedziała, że ktoś na nią czeka. A wtedy, nawet jeśli wyjedzie na długo, to zawsze będzie wracać. Jak do domu…