Opowiem Wam dziś o pewnym spotkaniu. Parę dni temu miałam przyjemność poznać Konstantego. Nie ukrywam, że nie od razu przypadłam mu do gustu. Zdarza się – wybitne osobowości mają swoje nastroje i co tu kryć – nie zawsze radzą sobie ze swoimi emocjami. Ale nic. Spędziliśmy w większym gronie miłe popołudnie – gaworząc i żartując przy suto zastawionym stole. Konstanty nie wyglądał na zainteresowanego naszymi rozmowami.  Jedzeniem, owszem, ale tylko przez chwilę. Miał o wiele ciekawsze zajęcia i wybrał mniejsze grono.

Po paru godzinach towarzystwo się przerzedziło. Pozostali ulokowali się na wygodnych kanapach i wspominali dawne czasy. Konstanty dołączył do nich,  zaproponował  nawet wspólną rozrywkę. Po jakimś czasie wycofał się jednak, bo poczuł, że to dobry moment na… malowanie. Rozłożył  na stole swoje farby i czyste kartki i zaczął działać. Był pewny i odważny w swoich artystycznych posunięciach.  Tworzył jeden obraz po drugim – śmiało używając kolorów i bawiąc się formą.

Stałam z boku, przypatrując się mu z podziwem, aż usłyszałam: „Też chcesz?”, po czym  podał mi białą kartkę i wskazał na miejsce naprzeciwko. Siadłam i zaczęłam z nim malować. To była czysta przyjemność. Kiedy mi nie wychodziło, pocieszał mnie, mówiąc: „Mnie się podoba” i „Jest ok.”  Spędziliśmy tak dłuższą chwilę, każde zatopione w swojej twórczości. Czas naglił i musiałam już wracać. A on dalej tworzył…

Konstanty dużo wie o malarstwie, kompozycji i kolorze. Cenniejsze jest jednak to,  z jaką lekkością do tego podchodzi i jaką czerpie z tego przyjemność.  Zaprasza do tego innych,  pozostając przy tym autonomiczny i bliski swojej wizji.

Następnego dnia długo o tym myślałam. Chciałam porozmawiać z nim dłużej, zapytać o tyle rzeczy. Zadzwoniłam więc do niego, ale… Mama powiedziała, ze Kostek poszedł do przedszkola.